Odkurzanie slasherów na PS3

 

0
Posted 9 maja 2014 by

Ostatnio postanowiłem sobie, że zmniejszę moją kupkę wstydu i zajrzę do pudełek  z grami, w które nigdy nie miałem czasu zagrać. Jakoś tak się złożyło, że na wierzchu były Beyonetta i Asura’s Wrath, a na psn nowy Devil May CryMetal Gear Rising: Revengeance. 4 gry, które można by zaliczyć do gatunku slasherów. Jako, że nie mam zbyt dużego doświadczenia z tym rodzajem gier, miałem pewne obawy, czy w ogóle uda mi się przez to przebrnąć. Ale o wszystkich tytułach czytałem raczej pozytywne recenzje. Postanowiłem spróbować.

Nie grałem do tej pory zbyt dużo w takie produkcje i choć udało mi się przejść trylogię God of War, to nie można powiedzieć, że w takich grach jestem dobry. Lubię jednak jak na ekranie dużo się dzieję, lubię efektowne akcje i japońską wyobraźnię. Z racji ograniczonego czasu poświęciłem 4 tygodnie na przejście 4 gier i postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami, w postaci krótkich mini-recenzji, wg kolejności grania. Zaznaczam też, że ze względu na moje umiejętności grałem na poziomie easy (wyjatek to MGR:R, gdzie grałem na normal). Na pierwszy ogień…

 

Devil May Cry

dmc

Jedyna styczność z serią to w moim przypadku pierwsze pół godziny z „czwórką”. Grałem jednak na klawiaturze i mało co nie połamałem sobie palców. Dlatego też nie nastawiałem się jakoś optymistycznie do gameplayu najnowszej odsłony.

Zdziwiłem się jednak bardzo, bo strasznie się wkręciłem w system walki. Dante ma powalający wachlarz umiejętności. Machanie podstawowym mieczem daje dużo radochy, a w połączeniu z walkami w powietrzu i posługiwaniem się bronią palną, jest samo w sobie bardzo widowiskowe. Gdy dochodzą później anielska kosa i diabelski topór oraz dodatkowe umiejętności samego bohatera, robi to absolutnie piorunujące wrażenie. Nie umiałem wycisnąć z Dantego  pewnie połowy jego umiejętności, ale nawet moje mizerne machanie ostrzami sprawiało mi satysfakcję. Akcje w stylu atak mieczem, wyrzut w powietrze, zmiana broni na topór, wciśnięcie przeciwnika w podłogę i potem poderwanie go kosą znów w powietrze i natychmiastowa lawina pocisków z pistoletu daje cholerną radość i dumę ze sprawnie rozegranej jatki. Nie żeby mi się takie udane akcje zdarzały często, ale się zdarzały.

Bardzo spodobała mi się również oprawa graficzna. Poziomy zostały świetnie zaprojektowane. Są bardzo dynamiczne, pod naszymi stopami rozrywa się ziemia, ściany zmieniają kształty, normalne przedmioty zamieniają się w upiorne karykatury. Szczególnie dobrze wyglądały czysto diabelskie lokacje, stare budowle, itp. Nowoczesna architektura już nie robiła takiego wrażenia, ale wciąż trzymała poziom. Twórcy wycisnęli z silnika Unreal ostatnie soki, zachowując przy tym super płynną animację. Wrogowie, a szczególnie bossowie są ciekawie zaprojektowani. Rodzajów przeciwników jest całkiem sporo, a często występują w kilku odmianach. Walczymy głównie z demonami, które przybierają różne kształty, od humanoidalnych, przez zwierzęce, po bardziej abstrakcyjne typu zlepka ostrosłupów formujących koło.

Opanowanie sterowania zajęło mi praktycznie 3/4 gry, ponieważ stopniowo autorzy wprowadzają nowe mechaniki, których trzeba się nauczyć. Oprócz tego rozwijamy umiejętności każdej z broni osobno, dochodzą nowe możliwości, nowe kombinacje ciosów i sekwencji wciskanych przycisków. Naprawdę należą się słowa uznania za rozplanowanie funkcji na padzie, przy tak ogromnej ilości możliwych ruchów.

Najgorzej wypada fabuła, która jest dość przewidywalna, choć nie można powiedzieć, że to coś czego nie da się ścierpieć. Pozwala nam na poznanie bardzo różnorodnych lokacji i spełnia jak najbardziej swoją rolę, aby pchać nas do przodu.

Ogólnie rzecz biorąc, bawiłem się przy grze bardzo dobrze. Moja ocena to:

Fabuła 3 / 5

Grafika 5 / 5

Gameplay 4,5 / 5

 

Metal Gear Rising: Revengeance

mgrr

Trudno mi się było przekonać do tego tytułu. Robiłem aż trzy podejścia, zanim złapałem klimat. Od razu muszę powiedzieć, że nie jestem wielkim fanem uniwersum Metal Gear i na początku miałem duży problem, żeby wczuć się w przedstawioną historię.

Fabuła jest bardzo sztampowa i przewidywalna. Mamy prywatne korporacje, jedne złe drugie powiedzmy, że dobre. Wcielamy się w postać Raidena, czyli cybernetycznie wzmocnionego agenta do zadań specjalnych. Walczymy oczywiście o lepszy świat, pokonując hordy przeciwników oraz bossa, na końcu każdego z siedmiu poziomów. Przejście gry zajęło mi około 7 godzin, z czego ostatnia walka pochłónęła chyba 1,5 godziny zanim udało mi się zabić ostatniego przeciwnika. Prezentowane wydarzenia w ogóle mnie nie porwały. Przerywniki filmowe pełne były politycznego bełkotu lub na siłę wciskanych rozważań moralnych. Najgorsze jednak były wstawki humorystyczne, które totalnie psuły klimat. Podczas, gdy świetnie się sprawdzały w zwariowanej Bayonecie, to tutaj kompletnie niszczyły poważną otoczkę. Jednak nie samą fabułą slasher żyje.

Najważniejszy jest oczywiście system walki. Metal Gear Rising: Revengeance serwuje nam specjalną umiejętność Zandatsu, kiedy to spowolniamy czas i możemy kroić przeciwników lub elementy otoczenia na drobne kawałki wychylając gałkę pada. Robi to na początku duże wrażenie. Potem efekt powszednieje, ale nie jest to tylko sztuka dla sztuki. Walcząc z wrogiem możemy uzupełnić zdrowie wyrywając mu cybernetyczny kręgosłup, siekając go w odpowiedni sposób, właśnie z wykorzystaniem Zandatsu.

Poza tym Raiden ma do dyspozycji kilka kombosów. Na pewno wachlarz ciosów jest o wiele bardziej ubogi niż w DMC. Naszym podstawowym orężem jest miecz, ale korzystamy też z innych broni. Dodatkowo w naszym wyposażeniu znajdują się różnego rodzaju granaty i bazooka. Po przejściu poziomu zliczane są punkty, które możemy wydać na nowe umiejętności i ulepszanie broni. Im lepiej walczymy, tym zdobywamy więcej punktów. Ma to o tyle znaczenie, że im gorzej nam idzie, tym pokonanie ostatniego bossa będzie trudniejszym zadaniem.

Walki są dynamiczne, a wrogowie potrafią dać się we znaki. Zwłaszcza gorylopodobne cyborgi, na których nie miałem dobrego sposobu. Można próbować też przejść większą część gry wykonując ciche zabójstwa, ale to w końcu slasher i nie miałem do tego cierpliwości.

Pod względem technicznym, oprócz wspomnianego Zandatsu gra raczej nie zachwyca. Lokacje są dość sterylne i generyczne. Nie ma w nich polotu, nie ma wielkiej ilości szczegółów. Trochę to dziwi, bo gra nie jest aż tak leciwa i pewnie dało by się zrobić ten aspekt lepiej.

Podsumowując, gdy już wkręciłem się w system walki i przebolałem nudziarskie cutscenki, bawiłem się dość dobrze. Uważam jednak, że MGR:R jest raczej średniakiem, na tle przedstawianych tu pozostałych gier.

Fabuła 2 / 5

Grafika 3 / 5

Gameplay 3,5 / 5

 

Bayonetta

bayonetta

Do tej gry podchodziłem po raz drugi. Za pierwszym razem kompletnie mnie odrzuciła i grę skończyłem po jakiś 20 minutach. Postanowiłem jednak dać jej drugą szansę, w końcu pudełko się kurzyło. Odpaliłem grę jeszcze raz i już wiem co mnie tak odepchnęło. Gra po prostu nie robi dobrego wrażenia na początku. Zaczyna się przydługawą paplaniną, potem następuje sekwencja idiotycznych scen, potem okropnie wyrenderowana i po prostu brzydko wyglądająca scena jazdy samochodem. A gdy przejmujemy kontrolę nad bohaterką, spadają klatki animacji.

Ale potem jest już tylko lepiej. Gdy wsiąknie się w prawie kabaretowy klimat tego dziwnego świata i przyjmie się głupotę w czystej postaci serwowanej nam w przedstawionych scenach, wtedy można maksymalnie czerpać radość z gry. Bayonetta to czarownica, która 500 lat spędziła zamknięta w sarkofagu na dnie jeziora i teraz próbuje odkryć co się właściwie stało i kim tak naprawdę jest. Brzmi to dość filozoficznie, ale klimat gry jest daleki głębszym rozważaniom. Sama postać Bayonetty i innych bohaterów to zbiór najgorszych tekstów z filmów klasy C, które służą tu jako głupkowate dialogi. Sceny przerywnikowe są tak niedorzecznie głupie, że są aż fajne. Cała główna obsada, to zbiór najbardziej szablonowych bohaterów jakich widzieliście. To wszystko nadaje grze specyficzny, absurdalny charakter. I dobrze! Bo czy można poważnie traktować grę o czarownicy, która ma super obcisłe ubranie utworzone z własnych włosów, które czasem zamieniają się w smoka, pająka, czy ogromną stonogę? No właśnie…

Podobnie jak w DMC akcja toczy się gdzieś na granicy świata rzeczywistego i zaświatów, tyle że w tym przypadku mamy wyraźne rozróżnienie na czyściec, niebo i piekło. Będziemy zwiedzać zarówno średniowieczne wnętrza, jak i nowoczesne, „współczesne” lokacje, ale tu również te drugie wypadają dużo gorzej. Jeśli chodzi o miejscówki, to niestety są one czasami używane wielokrotnie, ale ukazane w innych okolicznościach. Wykreowany świat robi niezłe wrażenie, ale jednak w moim odczuciu nie tak mocne jak DMC.

Osobna bajka to kreacja przeciwników. Nie wiem kto ma w głowie takie chore kreacje, ale nasi wrogowie są naprawdę odjechani. W grze walczymy z wysłannikami niebios, którzy ukazani są jako ohydne maszkary przybrane w białe, anielskie szaty i złote ornamenty. Szczególnie bossowie, których jest tu dosyć sporo robią wrażenie. Niektórzy przypominają wielkie roboty, inne są wyjętymi ze średniowiecznych rycin i potwornie zniekształconymi twarzami cherubinów. Pomysły są tu naprawdę zakręcone, a po ukończonej grze, można przyjrzeć się wszystkim modelom z bliska w galerii i warto to zrobić.

Bayonetta, podobnie jak Dante ma wiele rodzajów ruchów, kilka rodzai broni do wyboru, a nawet może korzystać z oręża pokonanych przeciwników. Oprócz tego może zamieniać się w panterę, ptaka i nietoperze. Najlepiej wypadają jednak jej finishery, które są równie zwariowane jak cała gra. Możemy wepchnąć wroga w trumnę pełną kolców, roztrzaskać kości na madejowym łożu, czy zafundować mu sprasowanie. Na koniec walki z większym przeciwnikiem Bayonetta staje się prawie naga, a jej włosy jak wspominałem tworzy fantastyczne postaci, które zadają ostateczny cios. Jest tu na co popatrzeć.

Oprócz standardowego gameplayu, twórcy gry chcieli zaoferować nam pewne urozmaicenie, w postaci szaleńczej jazdy motocyklem, czy lot na rakiecie, ale szczerze mówiąc te sekcje raczej mi się dłużyły. W ogólnym rozrachunku przy Bayonecie bawiłem się równie dobrze jak przy DMC. Moja ocena:

Fabuła 3 / 5

Grafika 4 / 5

Gameplay 4,5 / 5

 

Asura’s Wrath

asuras

Być może trudno nazywać tę grę pełnoprawnym slasherem, bo właściwie 3/4 gry wypełniają sekwencje QTE, ale jednak jest też sporo sekcji, gdzie trzeba tradycyjnie rozprawić się z przeciwnikami.

Podczas gdy DMC i Bayonetta oscylowały wokół wierzeń chrześcijańskich, tak Asura’s Wrath wykorzystuje motywy hinduskie. Wcielamy się w postać jednego z niebiańskich generałów, który zdradzony przez swoich kolegów, delikatnie mówiąc wku@#ia się i postanawia ich wszystkich pozabijać, a przy okazji odzyskać porwaną córkę. Tytułowy Wrath będziemy obserwować na ekranie w sposób niemal ciągły, tyle że w różnych postaciach. Asura rzadko nie drze mordy i raczej nie da się z nim sensownie porozmawiać. Jest zaślepiony swoją złością i pragnieniem zemsty. Nikt nie jest w stanie go pokonać. Przez jakieś 5 godzin będziemy wycinać w pień całe kosmiczne, niebiańskie floty, niszczyć przypominających hinduskie bóstwa przeciwników, a wreszcie oglądać śmierć pozostałych generałów.

Jest jeszcze drugi aspekt opowiadanej historii – mianowicie Ziemia i ludzie, którzy na niej mieszkają. Planetę również drąży wewnętrzna choroba, która objawia się pojawiającymi się na ziemi „nieczystymi” stworami, które wyglądają jak odarte ze skóry zwierzęta. Zagrażają one nie tylko samym ludziom, ale również niebiańskiej elicie, która próbuje z tym walczyć. Jako Asura będziemy niszczyli również i te stworzenia.

Gameplay, jak pewnie wszyscy wiedzą to głównie ciąg sekwencji QTE, poprzedzielane równie częstymi sekcjami, w których lecimy i strzelamy do wszystkiego co się rusza oraz walkami tradycyjnymi. W tych ostatnich wykorzystujemy właściwie 2 przyciski – lekkiego i silnego ataku. Nie ma tu wielkiej filozofii, kombinacji jest mało i właściwie wystarczy wciskać jeden przycisk i robić uniki, aby dało się zwyciężyć. Wszystkie powyższe akcje prowadzą do wyzwolenia w bohaterze gniewu i przeprowadzenia efektownej animacji (i kolejnej sekwencji QTE).

Muszę powiedzieć, że na początku gra zachwyca swoim światem i epickimi starciami z generałami, ale im dalej w las tym coraz bardziej męczy powtarzający się schemat 3 wspomnianych wyżej sekcji. Mimo, że gra nie jest długa, to i tak ledwo dotrwałem do końca, żeby obejrzeć zakończenie. Sama historia może szczególnie mnie nie porwała, ale ogólnie mogłaby stanowić bazę dla filmu / serialu anime. Z resztą jedno z DLC do kupienia utrzymana jest właśnie w tej formie. Po skończonej grze nie chciało mi się jednak patrzyć ani na anime, ani starać się obejrzeć „prawdziwe zakończenie”. Gameplay po prostu mnie wynudził. I mimo ciekawie wykreowanego świata, byłem po prostu całością zmęczony.

Pod względem oprawy graficznej Asura’s Wrath jest nierówne. W niektórych momentach wygląda to wszystko jak odtworzone anime na silniku 3d, a czasami lokacje są tak pozbawione życia i pełne słabej jakości tekstur, że aż ciężko było  na to patrzyć. W warstwie dźwiękowej słyszymy właściwie repertuar ciosów + okrzyki głównego bohatera, więc nic szczególnego. Moja ocena:

Fabuła 3 / 5

Grafika 3 / 5

Gameplay 2 /5

 

Podsumowując, jeśli szukacie naprawdę fajnych slasherów, ja polecam Bayonettę i DMC 🙂

Chyba, że macie jeszcze inne typy, dajcie znać.

 

 


rsx

 
Hardcorowy gracz na emeryturze, teraz gra tyle, na ile pozwala mu wolny czas. Prowadzi walkę, aby być na bieżąco z nowymi tytułami, ale zwykle mu się to nie udaje.


0 Komentarzy



Zostaw komentarz jako pierwszy!


Zostaw komentarz


(required)