Lightning Returns: Final Fantasy XIII – recenzja

 

0
Posted 13 kwietnia 2014 by

Zakończyłem właśnie swoją przygodę z Lightning Returns: Final Fantasy XIII. Było to uwieńczenie obcowania z trylogią serii XIII, przez wielu krytykowanej i pewnie słusznie. Dla mnie jednak była to jedna z najdłuższych i najprzyjemniejszych wirtualnych wypraw. Chciałbym skupić się jednak na Lightning Returns, która wzbudziła mieszane uczucia wśród graczy. Pozwólcie, że podzielę się moją opinią i będę trochę bronił tej produkcji (na tyle, na ile się da).

lightning returns

Fabuła Lightning Returns dzieje się 500 lat po wydarzeniach z XIII-2. Tytułowa bohaterka zostaje obudzona z bardzo długiego snu przez boga Bhunivelze, który daje jej 13 dni na wykonanie specjalnego zadania. Przez ostatnie 5 stuleci cykl życia i śmierci został zachwiany. Ludzie nie starzeją się, dzieci pozostają dziećmi, starcy starcami. Nie są jednak nieśmiertelni. Po prostu śmierć po nich sama nie przychodzi, więc nie umierają ze starości. Mogą jednak umrzeć tak czy inaczej.

Na dodatek świat, który znaliśmy do tej pory został skonsumowany niemal w całości przez Chaos. Pozostały ostatnie przyczółki ludzkości, które bronią się przed siłą Chaosu, ale jest to z góry przegrana walka. Za 13 dni Chaos pogrąży cały świat.

W obliczu tych wydarzeń Bhunivelze postanowił stworzyć nowy, lepszy świat. Lightning ma za zadanie zebrać tyle dusz, ile będzie w stanie, aby zabrać je do nowego świata, gdzie odrodzą się jako nowi ludzie. W zamian będzie mogła odzyskać utraconą siostrę Serah. Tylko czy to co obiecuje bóg jest prawdą? Co z pozostałymi duszami żywymi i umarłymi? Kim jest tajemnicza Lumina, która zdaje się być wysłanniczką Chaosu? Jak w ogóle powstał Chaos i skąd się wziął? Dlaczego Lightning zdaje się być pozbawiona serca?

Na te pytania dostaniemy odpowiedzi. Zanim to jednak nastąpi będziemy zmuszeni do wykonania ponad 60 zadań pobocznych i 87 zadań dodatkowych oraz 5 wątków fabularnych. Jest więc co robić.

lightning returns

Fabuła gry nie jest moim zdaniem najgorsza. Wydaje mi się, że w tej odsłonie twórcy jasno przedstawili sytuację i określili nasz cel. W przeciwieństwie do poprzednich dwóch gier, nie zastanawiamy się nad terminologią świata przedstawionego i nie musimy uczyć się wielu wydumanych nazw własnych. Główne wątki fabularne są spójne, pozwalają nam na zjednoczenie ze znanymi nam w serii XIII postaciami. Bardzo usatysfakcjonowało mnie też bardzo długie, pięknie wyrenderowane zakończenie. Oczywiście jest to kolejna historia o ratowaniu świata, ale to akurat znany w Final Fantasy kanon. Główny wątek fabularny oceniam więc na plus. Jednak…

To co twórcy zrobili z zadaniami pobocznymi jest porażką. Zacznijmy od początku. W Final Fantasy XIII mieliśmy niekończące się wąskie korytarze przez jakieś 70% gry. W XIII-2 mogliśmy przenosić się między lokacjami w czasie i przestrzeni. Lokacje nie były jednak porażająco duże. W obu grach było jednak bardzo wiele różnorodnych lokacji. W Lightning Returns autorzy gry dali nam otwarty świat składający się uwaga… z czterech lokacji: 2 miast , pustyni i zielonych wzgórz. Oczywiście każdy, kto grał w klasyczne odsłony serii od FFI złapie się za głowę, bo tak mała ilość miejscówek to śmiech na sali. Systuacje tylko trochę ratuje fakt, że mamy cykl 24 godzinny, więc poszczególne miejsca inaczej wyglądają w dzień i w nocy.

lightning returns

Na tych 4 (słownie: czterech) lokacjach mamy upakowanych dużo NPC oferujących nam zadania. Zadania często wołające o pomstę do nieba. Będziemy zbierać grzybki dla kucharzy, smakować potraw w restauracjach, odnajdywać zgubione piłeczki, zaganiać owce do zagrody, czy rozwiązywać problemy rodzinne. Jest to zestaw najnudniejszych zadań jakie widziałem w grach (pomijam MMO). Jest kilka, które wyróżniają się swoją złożonością, gdzie trzeba udać się w wiele miejsc i rozmawiać z wieloma osobami, aby odkryć tajemnicę fabuły, ale jest to niewielki ułamek wśród zadań typu „przynieś, wynieś, pozamiataj”.

Jesteśmy przecież zbawczynią świata! Powinniśmy być kosiarzem dusz, zbierać je, aby uratować jak najwięcej ludzi. Ale nie, będziemy zajmować się sprawami, w których chłopiec zamienił się w kotka, albo godzić ojca z synem, którzy nie mogli się przez 500 lat odnaleźć – mimo, że w świecie gry dzieliło ich jakieś 200 metrów.

lightning returns

Żeby nie było, że nie zrozumiałem intencji twórców. Lightinig przez boga pozbawiona uczuć uczy się ich na nowo, wnikając w z pozoru błahe sprawy. Ale to właśnie błahe historie, okruchy życia sprawiają, że jesteśmy ludźmi, tworzą naszą osobowość i kształtują duszę. Bez nich bylibyśmy tylko bezmyślnymi skorupami. Rozumiem. Niestety taka formuła moim zdaniem się nie sprawdziła. To jedyny Final Fantasy, w którym jak najszybciej przewijałem nudne jak flaki z olejem dialogi. Historia sprzedającej swoje łzy dziewczynki mnie nie wzruszyła, podobnie jak ulicznego złodziejaszka w Yusnaan. Choć z drugiej strony jak na to patrzę, dlaczego pamiętam te wszystkie historie i potrafię przywołać je w pamięci? Może jednak coś w tym szaleństwie była jakaś metoda.

Szaleństwo tym większe, że twórcy przewrócili do góry nogami rozwijanie naszej postaci. Normalnie jest tak, że aby zgromadzić expa zabijamy potworki, prawda? Jak chcemy grindować – nasza sprawa, zabijamy więcej potworków. Ale nie tutaj. Tutaj Lightining zyskuje lepsze statystyki przez wykonywanie tych głupawych zadań. Musimy więc biegać po świecie i hurtowo wypełniać zadania, żeby móc ulepszyć postać. Oczywiście pewne zadania wymagają ukatrupienia kilkudziesięciu stworków, więc koniec końców jest tu jakieś powiązanie, ale to jednak nie to samo.

lightning returns

Ostatnim punktem programu jest słynne już ograniczenie czasowe. Rzeczywiste 2,5 sekundy to 1 minuta w grze. Czas płynie nieubłaganie, musimy być w ciągłym ruchu żeby go nie stracić. Na dodatek NPC pojawiają się tylko w określonych porach dnia. Podobnie żeby pchnąć fabułę do przodu często trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, bo inaczej będziemy musieli czekać do następnego dnia. Żeby było tego mało Hope o 6tej rano teleportuje nas do Arki. Nieważne, że jesteśmy w połowie zadania, teleport i już!

Trzeba jednak obalić jeden mit. Ograniczenie czasowe nie stanowi problemu. Mamy do dyspozycji umiejętność Chronostasis, dzięki której możemy na pewien czas zatrzymać zegar. Żeby móc korzystać z tej możliwości, musimy korzystać ze wskaźnika EP. A żeby EP było naładowane, musimy zabijać potworki. I tak cykl się zamyka. Mamy powód żeby walczyć, mamy lekkie napięcie w wyniku upływającego czasu, jest dobrze.

lightning returns

Mankamentem, na który narzeka część graczy jest oprawa graficzna. Główna bohaterka wygląda lepiej niż kiedykolwiek, ale reszta już nie jest tak piękna. Świat przypomina mi raczej ociosane proste bryły, a na myśl przychodzą mi czasy ps2 i FFXII. To nie jest najpiękniejsza gra na PS3, trzeba się z tym pogodzić. Być może silnik gry już nie wytrzymał otwartości i Lightning Returns musiała wyglądać gorzej niż poprzedniczki w serii. Trudno jednak wytłumaczyć lenistwo twórców jeśli chodzi o postacie poboczne. Wszyscy NPC opierają się na 1 modelu żeńskim i 1 modelu męskim. Niemożliwe? A jednak! W grze nawet starcy mają rysy młodzieńców z podmienioną teksturą i … wait for it… doczepioną brodą! Jest to bardzo komiczne i przypomina mi klasyki kina z Jackie Chanem. Tak naprawdę jest to smutne :/ Wojna klonów w pełnej okazałości.

lightning returns

Dość jednak tych smutków! Przecież Lightining Returns pochłonęła mnie na ponad 40 godzin. Jak to możliwe? Z dwóch bardzo istotnych powodów.

Walka. Walka strasznie mi się podobała. Jest najlepiej zrobiona w serii XIII, a zaryzykowałbym stwierdzenie, że w całej serii Final Fantasy. Osoby patrzące z boku mogą stwierdzić, że gramy w jakiegoś efektownego slashera, a nie w rpg. Walki robią ogromne wrażenie pod względem wizualnym. Na początku miałem problem z odnalezieniem się na polu bitwy, bo ilość latających cząsteczek, efektów i efekcików jest piorunująca. Gdzieś w tym gąszczu świateł, lodu, ognia, wiatru i błyskawic jest nasza bohaterka i przeciwnik.

lightning returns

Nie chodzi jednak o efektowność walk. System jest tu bardzo rozbudowany i głęboki. Lightning może w locie przełączać się między trzema wcieleniami, które sami konfigurujemy. Możemy odnaleźć kilkadziesiąt strojów dla bohaterki, które są podstawą do tworzenia roli. Do stroju dobieramy broń, tarczę, medalik oraz pierścień o określonych efektach magicznych. Każdy element ma swoje statystyki. Każdy ze strojów ma 4 miejsca na zapełnienie atakami, blokami i różnego rodzaju magią. Gra zmusza nas do eksperymentowania. Dobierania statystyk stroju i łączenia z właściwościami broni i tarcz. Magię i umiejętności wybieramy spośród ogromnej dostępnej palety. Możemy również dobrać do ubioru odpowiednie okulary, a dla entuzjastów postawić sobie na głowie śmigło, a co!

Dodatkowo nasze umiejętności możemy łączyć ze sobą tworząc lepsze odmiany, a te z kolei awansować na wyższe poziomy. W NG+ twórcy udostępniają nam również możliwość poprawiania statystyk naszego oręża, co czyni drugie przejście gry ciekawym.

lightning returns

W walce trzeba umiejętnie przełączać się między wcieleniami Lightning i dbać o pasek ATB. Każdy atak czy magia wykorzystują część paska. Gdy zmieniamy rolę, nieużywane dwa pozostałe paski regenerują się. Szczególnym przypadkiem są walki z bossami, którzy wymagają od nas często zmiany o 180 stopni przyjętej wcześniej taktyki, działającej na zwykłe potworki.

Ostatecznym wyzwaniem dla gracza jest Ultimate Dungeon, gdzie znajdują się przedstawiciele większości potworów, w ich najtrudniejszych odmianach – Omega. Dla lubiących wyzwania jest jeszcze pustynny smok, uważany za najtrudniejszego przeciwnika w grze. Udało mi się go pokonać dopiero za 6 czy 7-mym podejściem, z użyciem Miqo’te Garb (tu ukłon w kierunku FFXIV).

lightning returns

System walki sam w sobie przyciągnął mnie do telewizora na długie godziny i jest najważniejszym (jeśli nie jedynym) powodem, aby zagrać w Lightining Returns i nie żałować. Drugim istotnym elementem jest muzyka. Można powiedzieć, że jak zwykle jest świetna, ale to za mało. Jest pięknie zróżnicowana, a soundtracku można spokojnie słuchać po zakończeniu gry.

Podsumowując, czy warto zagrać w Lightning Returns: Final Fantasy XIII? Ja uważam, że tak. Choćby po to, aby sprawdzić system walki w akcji. Fani serii XIII ucieszą się z podomykanych w końcówce wątków fabularnych. Choć gra ma bardzo wiele wad, daje też sporo satysfakcji. Uprzedzam jednak uczciwie, że nie zaskarbi sobie serca osobom, które XIII-tki nie trawią.

lightning returns

 

 

*Wszystkie screeny pochodzą z oficjalnej strony gry. Niestety nie miałem możliwości zrobienia własnych.


rsx

 
Hardcorowy gracz na emeryturze, teraz gra tyle, na ile pozwala mu wolny czas. Prowadzi walkę, aby być na bieżąco z nowymi tytułami, ale zwykle mu się to nie udaje.


0 Komentarzy



Zostaw komentarz jako pierwszy!


Zostaw komentarz


(required)