Final Fantasy X HD Remaster – recenzja

 
 
W skrócie
 

Podsumowanie: Final Fantasy X HD Remaster - jest grą sprzed ponad 10 lat i to widać, po bardzo źle zrealizowanych dialogach, które mogą popsuć nasze pierwsze wrażenie. Gdy jednak przestaniemy zwracać na to uwagę, dostajemy jedną z najciekawszych, wielowątkowych historii w serii, z całą gamą ciekawych i różnorodnych postaci, miejsc i sekretów do odkrycia.
 
Ocena
 
 
 
 
 
4.5/5


User Rating
18 total ratings

 

Plusy


Intrygująca, wielowątkowa fabuła; Barwne, acz irytujące czasem postaci; Piękna muzyka

Minusy


Tragicznie zrealizowane dialogi; Nierówna oprawa graficzna; Po serii FFXIII, trudno wrócić do statycznych, turowych walk


2
Posted 6 lipca 2014 by

 
Pełny artykuł
 
 

Nie mogłem doczekać się odświeżonych wersji Final Fantasy X i X-2. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Chyba padłem ofiarą hype’a. Może powodem było to, że era PS2 mnie ominęła, a „dziesiątka” miała opinię jednej z lepszych odsłon serii, dlatego bardzo chciałem nadrobić zaległości. Niestety nie obyło się bez rozczarowań. To w końcu gra sprzed dekady, a w tym czasie wiele aspektów tworzenia gier się zmieniło i to dobitnie widać. Ale zacznijmy od początku.

Final Fantasy X nie bez powodu ma pozytywne opinie wśród fanów. Wyróżnia się jedną z lepszych fabuł w serii. Pojawia się tu wiele wątków, m.in.: wpływu wiary na otwarte myślenie człowieka, politycznych przekrętów czy trudnych często relacji ojca z synem. Nie mogło też zabraknąć wątku miłosnego i poświęcenia wśród przyjaciół. Każdemu aspektowi przedstawionej historii poświęcony jest czas na rozwinięcie się. Twórcy starali się, aby świat nie był czarno – biały. Zarówno ci dobrzy, jak i źli bohaterowie mają swoje powody do takiego, nie innego działania. Ich nastawienie do życia również dynamicznie się zmienia, wraz z upływem czasu. W większości przypadków poszczególne wątki nie są płytkie, a wnioski często musimy wyciągać sami. Na tle fabuł, gdzie każe nam się myśleć, dokładnie tak jak chcą tego twórcy, którzy łopatologicznie wpychają nam swój pogląd na świat, bardzo mi się Final Fantasy X podobało.

FFX-6

W grze poznajemy historię Tidusa, młodej gwiazdy Blitzballa (podwodnego rugby (?)), który w dziwnych okolicznościach zostaje przeniesiony 1000 lat w czasie, do krainy zupełnie innej niż nowoczesna, znana mu rzeczywistość. Na wyspie Besaid poznaje swoich nowych kompanów: summonerkę Yunę, czarodziejkę Lulu, głupiego ale poczciwego Wakkę, dumnego ronso Kimahri, a w wyniku rozwoju wypadków sprytną złodziejkę Rikku i tajemniczą postać – Aurona, mocno związanego z ojcem głównego bohatera. Wątek relacji ojciec – syn, jest jednym z głównych motorów napędowych fabuły. Tidus miał trudne dzieciństwo, będąc zawsze w cieniu celebryty, pijaka i chama – swojego taty. Przez całe życie próbował mu dorównać, ale słyszał tylko deprymujące uwagi, co wzmagało u niego uczucie nienawiści. Aż do czasu, gdy jego ojciec – Yecht zniknął. Teraz,  winnymi miejscu i czasie, będzie musiał poznać prawdę o swoim ojcu, o sobie i o tym dlaczego się tu w ogóle znalazł.

Fabuła jest intrygująca, wątki przeplatają się ze sobą. Między pełnymi napięcia scenami, mamy chwilę rozluźnienia. Stopniowo przedstawione wydarzenia zaczynają się układać w spójną całość. Po drodze odwiedzimy wiele ciekawych i różnorodnych miejsc, spotkamy kilku przedstawicieli fantastycznych, człekopodobnych ras, będziemy brać udział w kilkunastu istotnych wydarzeniach. Całość potrafi przykuć uwagę na kilkadziesiąt godzin. Ale…

FFX-7

10 lat w branży gier to sporo. Final Fantasy X była pierwszą grą w serii, która miała nagrane przez aktorów niemal wszystkie dialogi. I dekadę temu, to musiało robić wrażenie, po niemych wcześniejszych odsłonach. Tyle, że mając porównanie z dzisiejszymi grami, odbiłem się jak od ściany, słysząc rozmowy między postaciami. Naprawdę niesamowicie przeszkadzał mi sposób montażu dialogów. Możliwe, że wynikało to z jakiś ówczesnych ograniczeń technicznych, ale wszystkie wypowiedziane kwestie mają na końcu długą pauzę. Wygląda to tak: jedna osoba mówi zdanie…przerwa…zmiana ujęcia…druga osoba mówi zdanie. Nie mogłem tego znieść. Dodatkowo dialogów nie da się pominąć, więc jeśli polegniemy przy którymś z bossów, musimy wysłuchiwać często długich scen, ciągle i ciągle w kółko. W tym czasie spokojnie można było sobie zrobić herbatę.

Tak zrealizowane dialogi mocno osłabiały przekaz. Na dodatek poziom aktorstwa jest dość słaby. Czasem poszczególne wypowiedzi odegrane były bez kontekstu do rozgrywanej sceny. Reżyseria tego aspektu gry niestety nie broni się po latach. Ale po kilku dobrych godzinach z grą, właściwie przestało mi to przeszkadzać. Po prostu przestałem zwracać na to uwagę i przyzwyczaiłem się do scen a’la Moda na sukces. Podobieństw do serialu jest więcej, bo w FFX również używa się najazdów kamer, przedłużania ujęć na twarz i przydługich przejść na przenikaniu. Gdy jednak przecierpimy tragiczną realizację dialogów, będzie już tylko lepiej.

FFX-3

Obok fabuły najważniejszym aspektem gry jest oczywiście walka i rozwój postaci. Walki są tutaj turowe, możemy spokojnie zastanowić się nad podejmowanymi działaniami. To co wyróżnia FFX, to możliwość szybkiej zamiany postaci na inną, bez utraty tury. Każda postać z drużyny jest wyspecjalizowana w pokonywaniu określonych typów potworów. Przykładowo Rikku w mgnieniu oka pokonuje roboty, kradnąc im części, Wakka jest niezastąpiony w walce z latającymi maszkarami, Lulu posługuje się czarną magią, a Auron przebija grube pancerze. Na uwagę zasługuje Yuna, która jako jedyna może przywoływać potężne Aeony (odpowiedniki Summonów).

Standardowo nasze akcje wybieramy spośród ataków, używania białej i czarnej magii, przedmiotów i umiejętności specjalnych. Te ostatnie są unikalne dla każdej z postaci. Atakując i dostając obrażenia napełniamy pasek Overdrive, a wtedy możemy wykonać potężny atak, zwykle powiązany z jakąś dodatkową czynnością, np. wciskania przycisku w odpowiednim momencie. Oczywiście najbardziej ekscytujące są walki z bossami, których jest sporo. Musimy kombinować z używaniem przespieszeń, opóźnień, używania czarów powodujących zmiany statusu wroga i ciągle mieć na uwadze zdrowie drużyny. Niektóre ze starć toczyły się dobre kilkadziesiąt minut i dawały dużo satysfakcji. Szczególnie zapadła mi w pamięć moja krucjata po ukrytego Aeona – Animę, gdzie na swojej drodze pokonałem Dark Valefora i Dark Bahamuta – to było coś! 🙂
Mając w pamięci dynamiczne i efektowne walki z serii XIII (zwłaszcza z Lightning Returns) trudno mi było na początku przestawić się na dużo bardziej statyczną formę, ale ostatecznie system turowy nigdy się nie starzeje, wiec zajęło mi to tylko chwilę.

 

FFX-5

Pokonując przeciwników zdobywamy pieniądze, doświadczenie i magiczne kule, które wykorzystujemy do rozwoju postaci. System rozwoju przedstawiony jest jako sporych rozmiarów labirynt z poustawianymi kręgami umiejętności, które aktywujemy za pomocą kul. Na początku system wydaje się być liniowy, ale później używając specjalnych kul – kluczy, kul – teleporterów i innych jesteśmy w stanie rozwinąć każdą z postaci jak chcemy. Na uwagę zasługuje fakt, że docelowo każda z postaci może mieć wszystkie umiejętności, ponieważ labirynt jest wspólny dla wszystkich członków drużyny.

Oprócz tego zbieramy w grze broń, którą da się modyfikować dodając jej różne specjalne właściwości, jak choćby zadawanie obrażeń określonego typu. W modyfikacjach broni pomoże nam Rikku.

Przy grze spędziłem ponad 40 godzin, ale spokojnie da się ten czas podwoić. FFX ma w sobie wiele ukrytych elementów, na które po prostu nie miałem czasu. Parłem więc do przodu skupiając się na tym co niezbędne, ale i tak nie obyło się bez momentów kręcenia się w kółko, szukania losowych walk i grindowania. Moje postaci były po prostu zbyt słabe. Jeśli mamy ochotę możemy brać udział w turnieju Blitzballa – mi się nie chciało, możemy trenować chocobosy i brać udział w zawodach – mi się nie chciało, szukać unikalnych, legendarnych broni – mi się nie chciało, łapać potwory do areny – mi się nie chciało, czy zdobywać dodatkowe Aeony – mi się nie chciało, ale musiałem, bo trudno by mi było przejść grę. Jest więc co robić, dla kogoś z większą ilością czasu.

Wersja zremasterowana ma też swój system trofeów, ale żeby zdobyć tu platynę, trzeba by chyba poświęcić ze 100 h.

FFX-2

Oprawa graficzna w zremasterowanej wersji jest poprawna. Teraz lokacje nie robią już specjalnego wrażenia, mają mało szczegółów i przy obecnych produkcjach są dość „martwe”. Ale tekstury są podbite do lepszej jakości, więc ogólne wrażenie jest pozytywne. Rozdźwięk jest w modelach postaci, ponieważ ulepszonych wersji doczekała się tylko nasza drużyna. Pozostałe postacie często pozostają w swoich wersjach z PS2, nie mówiąc już o zwykłych „statystach”. Cała menażeria potworów i Aeonów została na szczęście przerobiona do wersji HD i wyglądają nieźle. Wciąż mogą robić wrażenie wyrenderowane przerywniki filmowe, które są niezwykle dopracowane i bogate w szczegóły.

Muzyka to osobny temat. Nobuo Uematsu a.k.a. „Pan z wąsem” dał tutaj popis swoich możliwości. Ścieżka muzyczna stanowi nie tylko tło do rozgrywanych wydarzeń. Często wychodzi na pierwszy plan, steruje naszymi uczuciami, jest czasem ckliwa, czasem podniosła, w zależności od sceny. Podobno jej jakość była również zremasterowane do wersji HD i to zdaje się słychać.

Podsumowując Final Fantasy X HD Remaster – jest grą sprzed ponad 10 lat, która została przerobiona tak, aby dało się w nią grać na współczesnych telewizorach. Trzeba jednak pamiętać, że to wciąż gra sprzed 10 lat, z bardzo źle zrealizowanymi dialogami, które mogą popsuć nasze pierwsze wrażenie. Gdy jednak przestaniemy zwracać na to uwagę, dostajemy jedną z najciekawszych, wielowątkowych historii w serii, z całą gamą ciekawych i różnorodnych postaci, miejsc i sekretów do odkrycia.

Czas na Final Fantasy X-2 HD. Do później!

Dla ciekawskich:

– gra zajęła mi 42 h

– żadna z moich postaci nie miała zapełnionej w całości (ani nawet w połowie) siatki umiejętności

– zdobyłem 2 dodatkowe Aeony: Yojimbo i Animę

– pokonałem 2 dark Aeony: Valefora i Bahamuta (dzięki Yojimbo)

Rada: pamiętajcie, aby z każdej świątyni zabrać Destruction Sphere, bo będzie źle!


rsx

 
Hardcorowy gracz na emeryturze, teraz gra tyle, na ile pozwala mu wolny czas. Prowadzi walkę, aby być na bieżąco z nowymi tytułami, ale zwykle mu się to nie udaje.


2 Comments


  1.  
    Joohn
     
     
     
     
     

    Grałem w tą grę niedługo po premierze na PS2 – czuć było zmianę nośnika na DVD w stosunku do poprzednich części – jakość muzyki, przerywników filmowych no i właśnie, dialogi. Nie przypominam sobie, żeby mnie raziły, ale z ciekawości odpalę to jeszcze raz (na PS2 ma się rozumieć) i wrócę z opinią.





Zostaw komentarz


(required)